
Ponieważ obiecałem, że będą się tu pojawiać dodatkowe informacje oraz żeby uniknąć dłużyzn, pozwolę sobie na absolutnie subiektywny przegląd tego, co widzieliśmy na Kontakcie w zeszłym roku. Oczywiście, napiszę tylko o tym, o czym nie pozwoliła mi zapomnieć moja zaawansowana skleroza.
"Faust", Litwa
Pierwszy spektakl, który zobaczyliśmy, był dużym wyzwaniem. O ile mnie pamięć nie myli, trwał około trzech godzin. Historię "Fausta" zna każdy, więc nie będę pisał o fabule. Natomiast tym, dlaczego warto go było zobaczyć, były absolutnie genialne rozwiązania sceniczne.
Duch jako latająca lampa, klejnoty - szkło (w swej prostocie!), cyrograf - węzeł oraz absolutnie wstrząsające zakończenie pierwszej odsłony (kiedy Faust ma podpisać cyrograf) to tylko kilka z nich.
Beznadziejna była dziewczyna, grająca Małgorzatę. Trema? Także polski przekład (z początku XX wieku) zupełnie nie pasował.
"Gazeta Wyborcza" napisała, że spektakl był słaby, bo długi. A moim zdaniem, "GW" jest słaba, bo ma za duży format.
"Śmierć komiwojażera", Niemcy
Spektakl obleśny, zalatywał mało ambitnym niemieckim kinem erotycznym.
Z jednej strony - metafizyczna scenografia (podobna do tej z "Hebdy Gabler"), z drugiej - odrażająca dosłowność. Brak smaku i gustu, unikanie metafory tam, gdzie była potrzebna.
Wielka kreatywność reżysera - przedstawienie zupełnie niepodobne do dramatu, choć sam test przytaczany dosłownie.
Aktorzy - wspaniali! Po prostu.
Spektakl zajął trzecie miejsce. Pierwszego i drugiego nie widzieliśmy, ale ten zasługiwał na coś bliżej końca.
"Syn wujka Stefka", Węgry
Dyplomatycznie powiem, że była to interesująca propozycja. Nikt właściwie nie pamięta fabuły, tylko jakieś migawki. Chodziło mniej więcej o to, że rodzina ze wsi przyjeżdża do Budapesztu, do wujka Stefka, a później - w ramach rewizyty, on, wraz z synem, jadą na wieś. I tam syn ginie. Koniec.
Jednak przedstawienie to miało momenty godne przypomnienia. Przede wszystkim, rolę zegara pełniły w nim gąsiory i przesączające się z jednego do drugiego wino. Po drugie - świetne operowanie światłami (metro, winda). W końcu - pierwszy raz na żywo widziałem dom w pudełku.
Specyficzny bardzo.
Teremin, Czechy
Według mnie (i nie tylko), najlepszy spektakl, jaki widzieliśmy. Historia oparta na życiu faceta, który wynalazł instrument, na którym grało się zupełnie bez dotykania, tylko za pomocą ruchów rąk. We wszystko to wplątuje się jeszcze wywiad, Teremin zostaje agentem, potem ucieka do USA...
Trzymający w napięciu przez cały czas, bardzo efektowny, dobrze wykorzystana przestrzeń sceniczna i możliwości aktorów. Spektakl utrzymany nieco w konwencji filmowej, ale to, w tym wypadku, zaleta. Absolutnie oszałamiający.
No i główna rola - Teremina. Takiego aktorstwa chcemy!
Śmierć Dantona, Węgry
Wielka scenografia. Didaskalia. Mnóstwo śpiewów.
Nuda. Wyszliśmy po pierwszym akcie.
"- Wrócicie? - Spytała nas z nadzieją dziewczyna w szatni.
- Nie warto."
Cóż. Zaoszczędziliśmy prawie 2 godziny naszego cennego życia.
2 komentarze:
napisałam że mi się Niemcy podobali i mi komenta nie chiało uznać.
Czyli nawet blogspot ma lepszy gust niż Ty. ;)
Prześlij komentarz